! Blog został przeniesiony, obecnie dostępny jest pod adresem: introwertyczka1.wordpress.com !

18.06.2015

Wszystko ma swoją cenę

Moje doświadczenia życiowe nie są zbyt bogate, niewiele przeżyłam, niewielu kontaktów doświadczyłam. Jednak jest jedna taka rzecz na temat ludzi, o której mogę się wypowiedzieć z całą możliwą pewnością i z całą stanowczością:

Jeżeli coś przychodzi w życiu za łatwo, to jest to z gruntu podejrzane i trzeba mieć się na baczności.


Nagle ni z gruchy ni z pietruchy ktoś się kontaktuje i proponuje pracę natychmiast od zaraz, i to nawet, jak w ogóle tam nie składałeś? Uważaj, zachowaj czujność. Ktoś pisze lub dzwoni informując, że oto wygrałeś konkurs i dostaniesz jakiś fant? Uważaj, bądź ostrożny. Ktoś wciska ci na ulicy perfumy za darmo i niemal błaga, abyś je wziął? Uważaj, bo najpewniej będziesz musiał za nie zapłacić, jak tylko weźmiesz je do ręki i już uznasz za własne. I to jeszcze drożej zapłacisz niż w pierwszym lepszym sklepie.

Kiedy jeszcze studiowałam, zadzwonił do mnie pewien przemiły pan i zaproponował pracę od razu, natychmiast od zaraz. Przychodzę i podpisujemy już dokumenty. Było to o tyle dziwne, że... w ogóle ani razu tam nie składałam. Jednak jak człowiek młody, to naiwny. Nie pomyślałam nawet przez chwilę, że jak to jest możliwe, iż w mieście z tak strasznie wysokim bezrobociem nie znalazł nikogo chętnego i aż po ludziach musiał wydzwaniać. Przecież u nas w mieście, jak tylko ktoś rzuci hasło "praca", "staż" lub "zlecenie", to natychmiast jest tłum chętnych i stos CV na biurku w kadrach. Cóż, przemiły pan mógł o tym nie wiedzieć, gdyż nie miał kadr ani kadrowych. Podobnie jak nie miał sprzątaczek, sekretarek, kasjerek ani nikogo. Sprzątaniem, dźwiganiem mebli, pracownikami na zleceniu i ogarnianiem całego biura musiałam zajmować się ja, na stanowisku zwykłego pracownika biurowego. Za oszałamiającą sumkę 600 zł na miesiąc + godziny dodatkowe bezpłatne. Bo w końcu tak kocham pracę, że po co mi za nią jakieś pieniądze. I w czasie gdy ja harowałam za te 600 zł miesięcznie, myłam podłogi jednocześnie robiąc za asystentkę, sekretarkę, kadrową, kasjerkę, archiwistkę i cholera wie kogo jeszcze, pan (początkowo) przemiły, a po podpisaniu umowy już o wiele mniej miły, odpoczywał w tym czasie w domu, na basenie lub na mieście. No i słusznie, po co miał się męczyć. Od męczenia się miał parobka w postaci mnie.

Nauczyłam się wtedy, że podpisać świstek papieru jest bardzo bardzo łatwo, wystarczy długopis i jeden ruch ręki. O wiele trudniej jest wyplątać się z podpisanego świstka papieru. Było bardzo dużo różnych nieprzyjemności, a nawet gróźb. Aż żałowałam, że piorun mnie nie strzelił, gdy zachciało mi się podpisać tę umowę. Cóż, desperacja to potężna siła. Czasy jakie są, każdy widzi.

Dowiedziałam się przypadkiem, dlaczego ów pan chciał mnie z miejsca zatrudnić. Po prostu poprzednie trzy dziewczyny na okresie próbnym wypierdoliły stamtąd, gdzie pieprz rośnie, i to szybciej niż się pojawiły. A czwarta już po podpisanej umowie uciekła po tygodniu. W takiej sytuacji pan przedsiębiorca wziął książkę telefoniczną i dowiadywał się dyplomatycznie, kto pracy szuka. Niezły hardcore, ja wytrzymałam u niego kilka miesięcy. Kilka długich koszmarnych miesięcy. Nie wiem, czy po mnie kogoś znalazł. Może znalazł kolejną frajerkę, może nie, już mnie to nie obchodziło.

Ta przykra historia dobitnie nauczyła mnie, że jeżeli coś przychodzi za łatwo i wręcz spada z nieba, należy mieć się na baczności. Ostatnio opisywałam sytuację, gdy pod pozorem zatrudnienia wrobili mnie w jakiś smsowy konkurs. Dostałam nagle e-mail, że chcą mnie zatrudnić, że mam tylko pobrać formularz i już mogę zaczynać u nich pracę. Ja wniebowzięta klikam na link, daję zgodnie z wytycznymi nr telefonu, a tu sms przychodzi, że właśnie zgłosiłam się do konkursu i aktywowałam subskrypcję. Ów "formularz" okazał się jakimś rozporządzeniem któregoś ministra sprzed lat.

Stara jestem, a głupia czasami jak but. Dałam się wrobić w oszustwo po przeczytaniu kilku tekstów w stylu, że chcą, bym "dołączyła do ich szeregów". Teraz ich strona internetowa (też lipna) nie działa, za to przysyłają mi kolejne maile, których nie mam jak dezaktywować, bo zawsze adres jest niedziałający. Nawet nie mam jak dodać do czarnej listy, bo piszą z różnych adresów. Ostatnio się dowiedziałam, ze paczkę jakąś mam do odebrania, tylko muszę wysłać przesłany PIN na ten i ten numer. Ta, sraty taty. I dupa w kraty.

Pracę za marne grosze przy tachaniu skrzynek i zgrzewek też dostałam podejrzanie szybko, niemal mi ją wcisnęli na siłę. Gdzie tu haczyk? Po prostu była to tak strasznie parszywa robota, że nikt jej nie chciał, więc brali jak leci z marszu.

Ileś lat temu zapisałam się do pewnego lekarza. Zastanawiałam się, czemu tak łatwo poszło na kasę. Do drugiego specjalisty były dzikie tłumy, a tutaj mało kto się zapisywał. Wydało mi się to dziwne, bo jak jest z zapisami do specjalistów na kasę, to każdy w tym kraju wie. Po pewnym czasie już wiedziałam, w czym rzecz: po prostu ten lekarz, do którego tak łatwo udało mi się zapisać, był do dupy specjalistą, olewał totalnie i dlatego mało kto się do niego zapisywał. Zagadka rozwiązana, szybka wizyta też miała swoją cenę.

Jeszcze gdy byłam naiwną 20-tką, okazało się, że w pewnej gazecie wygrałam prenumeratę nowego absolutnie wspaniałego magazynu. No super. Wysłali mi wiadomość, uzgodniliśmy telefonicznie szczegóły, co ile, gdzie i co konkretnie będą mi wysyłać, no i ok. Przysyłali, wszystko pięknie ładnie, aż pewnego dnia, po wielu długich miesiącach, dostałam nagle dziwną wiadomość. Przysłali list z pytaniem, dlaczego nie uiszczam opłat. Dołączyli rachunek, po którym opadła mi szczęka, włosy stanęły dęba, a czas nagle jakby zatrzymał się w miejscu. Aż się we mnie zagotowało. No tak, przecież to jasne - fakt, że coś wygrałam nie oznacza, iż ta rzecz będzie dostępna bezpłatnie za darmo. Za wszystko w życiu się płaci, za darmo to tylko kopa w dupę można dostać.

Nie ma nic za darmo

Pamiętam, gdy dopiero co zainstalowali mi internet. Wchodzę sobie na jakąś stronę, patrzę, a tu się okazuje, że jestem jakimś setnym, tysięcznym czy milionowym użytkownikiem wchodzącym na tę stronę i mam odebrać nagrodę. Ja szok, myślę sobie: "naprawdę?!?", klikam i w tym momencie... zawiesił się komputer. Z tego, co pamiętam, to mnie niewiele nauczyło. Pomyślałam sobie, ze to ja coś zrobiłam źle i po restarcie kliknęłam po raz drugi. Dopiero po jakimś czasie obcowania z internetem zorientowałam się, że dość często jestem jakimś setnym, tysięcznym czy milionowym klientem. Prawdziwa fuksiara ze mnie.

W szkole miałam też koleżankę w ławce, której głównym zajęciem było przepisywanie ode mnie. Po skończeniu szkoły jej codzienne zajęcia przestały być związane ze mną, z żerowaniem na mnie i od tamtej pory nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Przestałam być potrzebna - proste. Jakbym magicznym trafem znowu była jej potrzebna, to zapewne telefon znów dzwoniłby bez przerwy raz po raz.

Trochę na podobnej zasadzie było z moją ostatnią wirtualną znajomością. Pisał długie maile, że mnie akceptuje, że chce mnie poznać, że w ogóle jaka to zajebista jestem, a po pewnym czasie okazało się, że po prostu mam być dla niego ostatnią deską ratunku, planem Z (bo nawet nie B, C ani D), czymś na kształt substytutu. Był desperacko samotny i tylko dlatego do mnie napisał, a tak naprawdę to nawet mnie nie lubił. Zwyczajnie nie miał chwilowo alternatywy i tyle, za to lubił się na mnie wyżywać emocjonalnie za całe zło tego świata. No bo przecież cyt. każda dziewczyna to suka.

Fakt, że ktoś chce mnie poznać, wydał mi się tak wspaniały, że aż nieprawdopodobny. No i miałam rację, bo to było złudzenie, czy raczej pozór - motywy oraz intencje miał zupełnie inne niż mówił. Gdy nagle takie chwalebne maile dostaje się za nic, bez powodu, to powinna się zapalić w głowie czerwona lampka ostrzegawcza pt. "a co właściwie tym człowiekiem kieruje, czego on ode mnie oczekuje". To nic, że początkowo on wydaje się być ideałem. Ideałów tak naprawdę nie ma, a jest za to uniwersalna życiowa prawda, że wszystko ma swoją cenę.

Bo w życiu nie ma nic za darmo. 


Każda przysługa, każdy prezent, każda pomoc ma swoją cenę. Dobrze jest, gdy ową cenę znamy, gdy wiemy, ile przyjdzie nam zapłacić za konkretną przysługę. Jeżeli nie znamy ceny, możemy łatwo dać się wyrolować i wykorzystać. A to zawsze boli i powoduje straty, przeważnie finansowe lub emocjonalne.

Zatem jeżeli w dzisiejszych czasach praca przychodzi tak łatwo, że wręcz puka do drzwi, jeżeli ktoś nagle, ni z tego ni z owego, chce nam coś ofiarować w podarku, jeżeli koleżanka jest podejrzanie miła przed egzaminami, jeżeli nagle ot tak sobie ktoś zaczyna uważnie nas słuchać, jeżeli wizytę u lekarza na kasę mamy w podejrzanie szybkim terminie, to musimy wiedzieć, że gdzieś tkwi haczyk i przyjdzie nam za to wszystko zapłacić. Wcześniej czy później, ale przyjdzie. Nie ma nic za darmo, a jak coś spada na nas niczym manna z nieba, to trzeba wyciągnąć parasol, bo gdy już będziemy mieć zaprószone włosy, to może się okazać, że wdepnęliśmy w niezłe bagno. I wtedy będzie zdecydowanie za późno, czasu nie cofniemy.

Wszystko na tym świecie ma swoją cenę, za darmo to tylko solidny kop w dupę można dostać. To, co przychodzi nagle zbyt łatwo, należy milion razy obadać, obczaić i pooglądać z wszystkich stron. Po to, aby znaleźć metkę z ceną, bo takowa najprawdopodobniej tkwi gdzieś głęboko ukryta.

Drobne przysługi i manny z nieba niekiedy mogą nas wiele kosztować i lepiej jest być tego faktu świadomym. Ktoś chce ofiarować ci coś za darmo? Nim zaczniesz skakać z radości, zastanów się głęboko, jakie właściwie są jego motywy, co tak naprawdę nim powoduje. Dojdź, jaka jest ukryta cena tej jego nagłej hojności i dobroduszności.

Bo gdy w końcu przyjdzie rachunek, możesz przeżyć prawdziwy szok.


Oczywiście może również zdarzyć się tak, że dana osoba nie będzie mieć żadnych ukrytych motywów i naprawdę będzie chciała nam coś ofiarować. Wyciągnie do nas pomocną dłoń nie oczekując niczego w zamian. Podaruje nam prezent, na którym nie będzie żadnych ukrytych metek z cenami, podtekstów i tekstów z drobnym druczkiem. Okaże prawdziwą życzliwość i da nam swoje wsparcie.

Wtedy będziemy mogli uznać, że właśnie zyskaliśmy prawdziwego przyjaciela.

Archiwum bloga

! Blog został przeniesiony, obecnie dostępny jest pod adresem: introwertyczka1.wordpress.com !
Kopiowanie tekstów jest zabronione. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Introwertyczka na Bloggerze Introwertyczka na Wordpressie Introwertyczka na Facebooku Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Twitterze Introwertyczka na Youtube Introwertyczka na Pinterest Introwertyczka na Weheartit Introwertyczka na Tumblr Introwertyczka na Bloglovin Adres e-mail

O mnie

Moje zdjęcie
Mam na imię Daria i w przestrzeni internetowej jestem głównie nawiedzoną multiblogerką. Założyłam blogi z niezwykle banalnego powodu: po to, aby prezentować publiczności swoją twórczość. Tak się składa, że internet i funkcjonujący w jego ramach blogger oferują taką możliwość, więc czemu z niej nie skorzystać?

W chwili obecnej blogowanie pozwala mi zarówno na wyrażanie siebie, jak i na uporządkowanie swoich rozbieganych myśli. Wciągnęło mnie od pierwszej chwili i nie ukrywam, że sporą większość czasu w sieci poświęcam właśnie prowadzeniu blogów. :-) Mam ich kilka i każdy z nich jest dla mnie ważny.

Zachęcam również do wypowiadania się na Forum dla Ciebie, a także do zapoznania się z moją ofertą w zakresie pomocy blogowej: Ulepsz swój blog z Introwertyczką!.